sobota, 22 lipca 2017

Od Daniela

Dzień z samego rana był niezwykle pogodny i słoneczny. Już o siódmej rano, było bardzo ciepło. Pierwsze co zrobiłem po wyjściu z łóżka, poszedłem pod zimny prysznic. Dziś nie musiałem iść na komendę, wieczorem miałem jedynie trening na torze. Wyszczotkowałem zęby, ubrałem się i ułożyłem włosy.
Wyszedłem z łazienki, idąc prosto do kuchni. Wymieniłem wodę psom, nasypałem im karmy a później sam coś zjadłem. Musli z jogurtem truskawkowym. Kiedy zjadłem, wypłukałem miskę, włożyłem ją do zmywarki a łyżeczkę umyłem.
- To co, idziemy na spacer? - skierowałem te słowa do psów.
Kovu zaczął radośnie szczekać i biegać od drzwi, do kuchni. Uśmiechnąłem się. Założyłem im szelki, przypiąłem smycze. Zabrałem jeszcze telefon, klucze od domu i wyszliśmy. Zamknąłem mieszkanie, schowałem wszystko co miałem do kieszeni i wyszliśmy na zewnątrz. Poszliśmy do parku, tam spuściłem ich ze smyczy. Miały na nosie kagańce, nie dlatego, że są agresywne... nie są, zupełnie. Służą one jedynie temu, aby nie zjadały żadnych śmieci. Jest teraz dużo bydlaków, którzy rozrzucają trutki, gwoździe w kiełbasach itp. Cały czas z nimi walczymy, jednak trudno jest ich namierzyć. Nie wiadomo ile jest takich osób, czy to nie jest jedna i ta sama. Jedno jest pewne, trzeba będzie to w końcu wytępić. Zginęło już stanowczo za dużo zwierzaków, przez takie coś. A kagańce były na tyle duże, że swobodnie mogli w nich otworzyć pyski, żeby ziać. Szedłem z boku, chodnikiem a moi towarzysze węszyli w trawie, jednak nie oddalali się za bardzo. Wiedzieli, że nie mogą i że muszą się trzymać blisko mnie, żeby się nie zgubić. Co prawda każdy miał adresówkę przy obroży oraz chipa, ale wolałem jednak tego uniknąć.
Nagle, pod jednym z drzew zauważyłem leżącego na ziemi pisklaka. Powoli do niego podszedłem i przykucnąłem obok, ostrożnie wziąłem go na ręce.
- Co tam malutki? - rozejrzałem się.
Niewysoko, na gałęzi było gniazdo. Było ono już nieco zniszczone, najprawdopodobniej matka zostawiła tego malucha, może widziała że był za słaby? Nie wiem jak to jest u ptaków. Wiedziałem jednak, że muszę zabrać go do domu. A przynajmniej do czasu, kiedy się usamodzielni. Inaczej coś go zje... zawołałem psy i ruszyliśmy w stronę domu. Kiedy szliśmy przez park, Kovu podszedł do jakiejś dziewczyny, która szła z huskym. Szczeniak wesoło merdał ogonem, obwąchując się z jej psem.
- Wybacz za niego. - powiedziałem, kiedy byłem koło niej, ponieważ mogła sobie nie życzyć, żeby inne psy podchodziły do jej psa. Jedną wolną ręką, bo w drugiej trzymałem pisklę, złapałem go za obrożę i lekko odciągnąłem.

Angelika?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Layout by Alessa Belikov