wtorek, 25 lipca 2017

Od Cassandry

— Podbijam.
— Uhu, jaka pewna siebie! — Przeciwnik siedzący naprzeciw mnie uśmiechnął się szyderczo, machając lekceważąco i lekko swoim wachlarzem kart niczym prawdziwym wachlarzem, ale nie na tyle, bym mogła dostrzec ich drugą stronę. A ja i tak doskonale wiedziałam, jakie karty trzymał. Cztery asy, jeden walet.
Nie odpowiedziałam, a mój wyraz twarzy ani na moment się nie zmienił. W trakcie całej gry ani na moment nie skrzywiłam się, nawet pomimo odoru alkoholu bijącego od faceta tak wielkiego, że ostatkami sił woli powstrzymywałam się, by nie zasłonić czymś swego nosa i odwrócić głowę w inną stronę.
— Nadal możesz spasować.
Spotkałam się jedynie ze stanowczą, przepełnioną kpiną odmową. Aż nie mogłam powstrzymać uśmiechu cisnącego mi się na usta, przez tą niezachwianą pewność siebie przeciwnika, więc ukryłam swój uśmiech za swoim wachlarzem z kart, udając, że skupiam na nich swoją uwagę. Kart składających się z asa, króla, damy, waletu i dziesiątki. – Więc znów podbijam.
Tym razem na środek stołu przesunęłam resztki swoich oszczędności. Wolne podbijanie ceny nie wzbudzało niepewności, a gdy już się ta niepewność pojawiała – było za późno na wycofanie się, bo wtedy dużo by się straciło, czyli lepszym rozwiązaniem było zaryzykowanie całej stawki. Często działam właśnie według tej strategii, a i ta gra nie była wyjątkiem. W dodatku, od samego początku miałam przewagę nad swoim przeciwnikiem.
Moje karty tworzące układ pokera królewskiego, pechowa kareta z kart przeciwnika. Przewrócony w furii stół wraz z całym bogactwem faceta, krótkie ,,Ty zdziro!" padające z jego ust, odgłos oddalających się kroków i kilku z impetem przewalanych przypadkowych mebli napotkanych po drodze. Oraz zaciekawione spojrzenia paru innych osób, wlepione wprost we, już nieukrywającą cichej radości ze swego małego zwycięstwa, mnie.
— Nieźle, ograła Willa. — Ktoś zagwizdał z podziwem. Nie zwróciłam na niego większej uwagi, całą bowiem pochłonęła chlubna czynność zbierania całego swojego łupu. Już po chwili cisza panująca w pubie ponownie zamieniła się w gwarne rozmowy, śmiechy, narzekania i krzyki. Jak zwykle.
Postanowiłam uczcić swoje małe zwycięstwo, część nowo zdobytych pieniędzy wydając na tutejsze piwo. Zaledwie chwilę później podeszła do mnie blondwłosa kelnerka, podając pełny kufel piwa na, już stojącym normalnie, stole przede mną. Krótko łypnęłam na jej twarz okiem i na etykietkę przyczepioną dość niezdarnie do jej stroju.
— Dziękuję... Angeliko.
Kiwnęła nieco niechętnie głową i odeszła. Wyglądała na zmęczoną.
A potem ktoś niespodziewanie się dosiadł do mojego, do tej pory samotnego stolika. Miałam nadzieję, że nie będzie próbował mnie zagadywać, bo szczerze nie miałam na to ochoty.
— Często uprawiasz hazard? — zapytał szatyn nagle ni z tego, ni z owego. Chyba nie przepadał za formalnymi przywitaniami, ale akurat to nie przeszkadzało mi zbytnio. Widząc moją zniesmaczoną minę dodał: — Pytam wyłącznie z ciekawości.
— Zdarza się.
No i mój czas, mający zostać spędzony na odpoczynku w samotności, szlag trafił. Gdybym wtedy go zignorowała, albo najuprzejmiej jak umiem, kazała znaleźć sobie inne towarzystwo, ta rozmowa pewnie by się nie rozkręciła. Ale jednak tego nie zrobiłam. Błąd pierwszy.
A on, na moją odpowiedź, uśmiechnął się nieco tajemniczo. Jakby to, co robił, miało jakiś głębszy sens. Nie umknęło to mojej uwadze, dlatego tym razem to ja zapytałam, starając się nie brzmieć tak, jakbym coś podejrzewała:
— Nie wygląda mi na to, byś przyszedł się tu napić. — Wzięłam długi łyk piwa. — Grać też nie.
Przechylił nieco głowę, ale uśmiech nadal widniał na jego twarzy, choć nieco się zmniejszył.
— Jesteś spostrzegawcza.
— Och, to po prostu przeczucie. — Kolejny łyk w krótkiej przerwie między dwoma wypowiedziami. — Szósty zmysł wyrobiony podczas przebywania w tym towarzystwie — zażartowałam nieco.
— Daniel Andrews.
— Cas Cartney. — Złapałam, nieco nieufnie, ale bez dłuższego zastanowienia, wyciągniętą w moją stronę dłoń mężczyzny. Po czym bezceremonialnie rzekłam: — Przejdź już do rzeczy.
I to był błąd drugi.

Daniel?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Layout by Alessa Belikov